Archiwum wpisów
Listopad 2011
P W Ś C P S N
« Paź   Gru »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  
Galeria

Dzisiaj prezentujemy opowiadanie nadesłane przez Panią Joannę Jaworską.  Życzymy miłej lektury, a autorce serdecznie dziękujemy!

“Magiczny autobus

Jesień tego roku była piękna, tkana złotem, słońcem i nitkami babiego lata, ale wszystko co piękne szybko się kończy. Nastały dni zimne, pochmurne, przeplatane śnieżnymi szarugami. Wiatr targał szale, płaszcze za poły, wszystkich ogarniało przejmujące zimno.
W taki oto dzień, gdy zapadał powoli zmrok, znalazłam się w tłumie oczekujących na przyjazd autobusu, u zbiegu ulic Magia i Rzeczywistość. Nie przyjechał pierwszy, drugi ani trzeci autobus. Usiadłam więc na ławeczce i zaczęłam przyglądać się ludziom.

Była tam kobieta w przekrzywionej peruce, w koronkowych rękawiczkach (pomimo przejmującego zimna), owinięta ciepłym futrzanym szalem, w grubych rajstopach, z tu i ówdzie widniejącą dziurą. Cały czas coś do siebie mówiła, mocno przy tym gestykulując..
Tłum z politowaniem zerkał w jej stronę.
Wśród tej gawiedzi znalazł się też mężczyzna, niechlujnie zarośnięty, spode łba spoglądający na wszystkich. Obok niego nerwowo przestępował z nogi na nogę elegancki pan w kapeluszu i ciemnym paltociku z postawionym kołnierzem. Wyglądał na poetę. Z boku stał niezbyt czysty, oberwany żebrak, z workiem wypełnionym jakimiś klamotami, dwie zakonnice, bardzo zajęte rozmową, para zakochanych, czule patrząca sobie w oczy i dziecko, raczej samotne, bo nikt się do niego nie zbliżał i nikt się nim nie interesował. Każdy przestępował z nogi na nogę, próbując rozgrzać zmarznięte stopy.
    Nareszcie przyjechał autobus, ale bardzo już przepełniony i stojący na przystanku, nie bardzo mieli gdzie wsiąść. Zaczęły się przepychanki, bo każdy chciał dostać się do jego wnętrza, aby jechać do celu..
Kobieta w przekrzywionej peruce rozpychała się łokciami, żebrak próbował upchnąć swoje klamoty, elegancki pan grzecznie prosił o miejsce dla wsiadających, zakonnice cichutko przesuwały się do wnętrza autobusu, tylko dziecko stało bezradnie przed zatłoczonymi drzwiami, a za jego pazuchą, szkliły się dwa, czarne ślepka, nie wiadomo do kogo należące.
W pewnym momencie chłopiec szepnął coś do ucha zwierzątka i wnet autobus się wydłużył tak, że wszyscy się w nim pomieścili i również dla chłopca znalazło się miejsce.
    Rozpoczęła się nasza podróż, a ja z zainteresowaniem oddałam się obserwacji chłopca, na którego dotąd nie zwracałam uwagi. Miał ok. ośmiu lat, zadarty, upstrzony piegami nosek, spod zbyt dużego kaszkietu wysuwały się niesforne, blond kosmyki włosów, a spod nich patrzyły na świat piękne, niebieskie, duże oczy. Jego drobną sylwetkę okrywał ciepły acz znoszony już nieźle paltocik. Tylko na nóżkach miał nieprzystosowane do tej pogody buciki, jakby ktoś ubierając go, zapomniał o tym drobnym szczególe.
W autobusie było ciepło, jasno, każdy był czymś zajęty, a to  obserwacją widoków przez okno lub rozmową z sąsiadem. Wjechaliśmy w tunel przebiegający pod częścią miasta, aż tu nagle zgasło światło i zapanowały egipskie ciemności. Jęk przerażenia rozległ się w autobusie, następnie zapadła martwa cisza. Po kilku minutach takiej jazdy ujrzeliśmy w oddali jasne światełko, do którego co raz bardziej zbliżał się nasz autobus. Myśleliśmy, że jak zawsze, wyjedziemy z drugiej strony miasta, aż tu nieoczekiwanie, niewiarygodny widok ukazał się naszym oczom.. Wjechaliśmy do cudnej krainy, zalanej słońcem, soczystą zielenią, w parkach i ogrodach, z zupełnie innej epoki, siedzieli na kocach, grali w polo, na harfach, bawili się i tańczyli ludzie, też z innej epoki. Panie nosiły  długie krynoliny, panowie jasne fraki i surduty. Obraz był sielski, anielski. Co dziwne, to tłum z autobusu również uległ przeobrażeniu. Pani z peruką przeistoczyła się w tancerkę, żebrak w sędziwego mędrca, elegancki pan, jak podejrzewałam, był poetą i zaczął deklamować wiersze. Dwie zakonnice zaklęte zostały w dwa posągi świtezianek wokół fontanny, ja byłam uroczą babcią z tomem pięknych bajek, wokół której zgromadziła się gromadka dzieci, chętnych do słuchania mych opowieści.
Zaczęłam rozglądać się za moim małym chłopcem. Po dłuższym wodzeniu wzrokiem zauważyłam, że to on siedział na koniu jako młody władca, a jego poddani, chodzili z koszami pełnymi owoców oraz innych frykasów i obdarowywali nimi ludzi. Poznałam tego chłopca, bo dalej za połą swego surduta miał maleńkie, czarne zwierzątko z błyszczącymi ślepkami, a na nogach miał te same, lekkie ciżemki, ale teraz pasowały mu, bo było piękne, ciepłe, suche lato. Porozumiewawczo puścił do mnie oko, wiedzieliśmy o co chodzi.
    Nie wiem jak długo trwała ta sielanka, wiem jedno, gdy otworzyłam oczy, jechałam dalej autobusem, widziałam wokół te same osoby, panią w peruce,  żebraka z klamotami, dwie zakonnice cicho rozmawiające, parę zakochanych i eleganckiego pana, tylko małego chłopca ze zwierzątkiem za pazuchą i w letnich bucikach, nigdzie nie było. Najbardziej się jednak zdziwiłam, kiedy na swych kolanach znalazłam koszyczek wypełniony łakociami i egzotycznymi owocami, które tak bardzo lubię.
    Czy to mi się śniło, czy naprawdę się zdarzyło?

Możliwość komentowania jest wyłączona.